W ciągu zaledwie kilku lat fandom Sherlocka rozrósł się i wręcz oszalał na punkcie postaci głównego bohatera, a raczej Benedicta Cumberbatcha, który skradł twarz Holmesa. Jego szalonego, wybuchowego, bezczelnego i socjopatycznego Sherlocka pokochała cała rzesza młodych i starych wielbicieli twórczości Arthura Conana Doyle’a. Kolejne trzy epizody serialu: The Empty Hearse (Pusty karawan), The Sign of Three (Znak trzech), His Last Vow (Jego ostatni ślub), bo w takich dosłownie minimalnych dawkach (co prawda 90 minutiwych) otrzymują go widzowie, luźno nawiązują do trzech opowiadań Doyle’a: Pusty dom, Znak czterech oraz Jego ostatni ukłon. O ile dwa pierwsze epizody zostały dość chłodno przyjęte przez dużą część widzów, z uwagi na zbyt komediowy ton (był to One Man Show Cumberbatcha) i zepchnięcie na dalszy plan zagadek detektywistycznych, to ostatni epizod serii okazał się fabularnym i emocjonalnym majstersztykiem. Mamy liczne nawiązania do książek (ćpający Sherlock, jego oświadczyny, trudne relacje z bratem), świetnie skonstruowanego przeciwnika Charlesa Magnussena, wiele zwrotów akcji i niestety spodziewany, wg mnie tani cliffhanger. Świetnie spisali się scenarzyści i ekipa produkcyjna – dynamiczny montaż, szybkie tempo prowadzenia historii i dobrze dobrana muzyka, zapewniają świetną zabawę i potęgują zazdrość, że u nas takiego poziomu w serialach jest jeszcze za mało.
Sama historia głównego przeciwnika detektywa jest bardzo aktualna i pozostawia po sobie gorzki posmak. Obserwujemy, jak media stają się często pionkiem w grze. Coś wrzucone w sieć już stamtąd nie zniknie, będzie krążyć, powielać się, aż zaleje umysły wszystkich, nawet tych wierzących – pozostawi w nich ziarnko zwątpienia. Wiedza to posiadanie. A dowód? Po co? Nie trzeba niczego udowadniać, wystarczy to wydrukować.
Coś ty narobił, Sherlocku?
